384x288 - DivX ;-) mpg - 1,30 MB
320x240 - mpg - 2,16 MB


DivX ;-)'a, jeśli Ci nie działa, możesz ściągnąć stąd

 

fotografie Łukasz Woźniak

Nocna rewia Jedenastu katów
Jacek Mikołajczyk
OPCJE, nr 6/2000

Obleśni burżuje przy wtórze wulgarnego rechotu wlewający w przepastne gardła wiadra szampana, skąpo ubrane (a hojnie właściwie rozebrane) girlsy wymachujące im tuż przed oczyma nogami w czarnych pończochach obciągniętych koronkowymi podwiązkami, kłęby dymu zacierające kontury występujących na scenie "gwiazd" i "boska dekadencja" ostatnich dni Republiki Weimarskiej - taki obraz przedwojennego niemieckiego kabaretu narzuca się każdemu chyba, kto pamięta filmowe arcydzieło Boba Fosse'a. Ten tak mocno utrwalony stereotyp niewiele zresztą odbiega od rzeczywistego obrazu berlińskich Tingeltangli lat dwudziestych. Ale początki niemieckiego kabaretu są inne. Na przełomie XIX i XX wieku to nie Berlin był jego stolicą, a Monachium, zamieszkiwane wówczas przez kwiat modernistycznej elity artystycznej. To tam grupa jej najbardziej charakterystycznych przedstawicieli założyła najpierw stowarzyszenie, a potem kabaret Jedenastu Katów. Nazwa wzięła się stąd, że artyści gotowi byli do ostatka walczyć z Lex Heinze - ówczesnym niemieckim kodeksem moralności, którego przepisy uznali za przestępcę, na którego wydali wiadomy wyrok. Otwarcie kabaretu odbyło się w piątek, 13 (sic!) kwietnia 1901 roku. Na scenie hymn Jedenastu Katów odtańczyli założyciele w krwawoczerwonych szatach i z katowskimi toporami w ręku, a potem wystąpiła Marya Delvard: chuda, blada, ruda, w obcisłej, czarnej sukni, której piosenk Ilse Franka Wedekinda rozpoczęła historię wampów niemieckiej sceny XX wieku. Sam Wedekind dołączył do grupy kilka tygodni później, stając się jej najbardziej typowym przedstawicielem.

Piosenki i atmosfera tego i późniejszych niemieckich kabaretów stały się podstawą scenariusza spektaklu Łukasza Czuja Opowieści Jedenastu Katów, nocna rewia cabaretowa, czyli 5 egzekucji z niepokojącym prologiem. Scenariusza, przyznajmy bez zbędnych wstępów, niezwykłego i mistrzowsko skonstruowanego. Czuj przedwojenne kabaretowe songi włączył w akcję, będącą - jak sam przyznaje - "dalekim echem dramatu Witkacego Maciej Korbowa i Beatrix", okraszając to wszystko tekstami m. in. Woody Allena i - oczywiście - Daniela Charmsa. Każdy z tych autorów - wydawałoby się - powinien bezwzględnie zdominować całość, nie dopuszczając do głosu innych, choćby równie wybitnych. W spektaklu Czuja panuje jednak doskonała równowaga: potencjalne "szwy", mogące powstawać podczas przechodzenia jednego tekstu w drugi, roztapiają się w specyficznej atmosferze łączącej wszystkie fragmenty w spójną i konsekwentną całość.

Podnosząca się kurtyna ujawnia pokój zaprojektowany według anty-reguł estetyki ekspresjonistycznej: pochylona podłoga, krzywe "wykusze" zamiast drzwi i okien, które za to znajdują się w miejscach, pozbawiających je tradycyjnych, praktycznych funkcji. Przy, również krzywym, stole siedzi człowiek. Już ze sposobu, w jaki zgarnia z blatu niewidzialny pyłek, odgadujemy, że jest to typek nieśmiały, zakompleksiony, w dodatku nie bardzo orientujący się, kto i po co umieścił go w tym dziwnym miejscu. To Moritz Novak (Tomasz Wysocki), główny bohater spektaklu. Po chwili pokój zaczyna się zaludniać: ze ścian, okien i zapadni przedostają się do niego członkowie Bractwa Jedenastu Katów: Serapion Grab (Tadeusz P. Łomnicki), Zizi Blut (Andrzej Deskur), Max Knax (Tomasz Schimscheiner), Kaspar Beil (Janusz Radek) i Dionisius Tod (Krzysztof Gadacz), z których każdy jest hermafrodytą, transwestytą, oprychem lub artystą - kimkolwiek bądź, byle perwersyjnym i z marginesu. Całe towarzystwo wielce uczenie rozprawia o śmierci, męce egzystencjalnej, tajemnicy istnienia i tym podobnych metafizycznych bzdurach. Za chwilę sceneria się zmienia: widzimy typową, kabaretową nadscenkę z nieodłącznym łukiem kolorowych żarówek. Dopiero teraz możemy upewnić się co do funkcji stolików umieszczonych pomiędzy sceną a pierwszymi rzędami foteli widowni: naprawdę jesteśmy w kabarecie. Królową sali jest tu kelnerka Lulu (Magdalena Nieć), która - jak łatwo się domyślić chociażby po jej o wiele za krótkiej sukience - jest również prostytutką. Novak - jako zwyczajny "porządny" człowiek - nie jest przyzwyczajony do kontaktów z osobami aż tak wątpliwej konduity, po krótkiej, ale namiętnej "walce" ucieka więc z kabaretu, wprost w objęcia kolejnych ulicznic. To nie koniec jego przygód: przeżyje jeszcze, między innymi, własną śmierć, "złote" czasy Republiki Weimarskiej czy równie wspaniały okres świetności Niemieckiej Republiki Demokratycznej.

W Jedenastu Katach zewsząd wyziera Witkacy: i z charakterystyki bohaterów, i z tematów ich rozmów, i z języka, w jakim się one toczą, wreszcie z konstrukcji akcji, której "czysto formalne" elementy, jak trupy będące częścią fabuły czy "naloty" zbirów, nie pozwalają żywić jakichkolwiek wątpliwości co do źródła, z jakiego pochodzą. Okazuje się, że witkacowski klimat doskonale pasuje do rzeczywistości wykreowanej w niemieckich, kabaretowych songach. Nic w tym dziwnego, gdyż kabaret rodził się i rozkwitał w dekadenckiej atmosferze modernistycznego fin de siecle'u, który, choćby poprzez Przybyszewskiego, właśnie z Niemiec przeniósł się do młodopolskiej Galicji. A żadna to nowina, że dramaty Witkacego przesycone są krakowskim klimatem początku XX wieku. Umieszczenie kabaretowych songów w witkacowskiej rzeczywistości jest więc całkowicie uzasadnione. Odkryciem Czuja jest to, że te dwie płaszczyzny aż tak dobrze do siebie pasują. Po obejrzeniu Opowieści Jedenastu Katów nie trudno wyobrazić sobie np. musicalowej wersji Szewców, w której księżna Zbereźnicka wchodzi na scenę śpiewając piosenkę Marcellusa Schiffera i Mischy Spoliansky'ego "Ja jestem wamp..."

We wstępie do programu Opowieści... Czuj pisze, że songi zawarte w jego spektaklu "nie są przerywnikiem czy muzycznym kontrapunktem: one są integralną częścią historii, a często jej motorem napędowym". I ma rację. To przede wszystkim dzięki nim wątki przedstawienia układają się w jednolitą całość. Specjalnie do spektaklu wykonane tłumaczenie Artura Kożucha eliminuje z nich kabaretową "aktualność" niemieckiego przedwojnia, dostosowując je do realiów spektaklu. Można to wykazać na przykład na podstawie Mordercy ciotki Franka Wedekinda. W oryginale piosenka ta jest niezwykle ostrym atakiem na niemieckich mieszczan-burżujów. Jej finałowa strofa: "Ciotkę moją zabiłem nożem,/ Była zgięta ciężarem lat,/ Lecz, o sędzio! Ty czynisz gorzej,/ Bo chcesz ściąć mej młodości kwiat" w przekładzie Agnieszki Kreczmar zachowuje swoją społeczną wymowę. Odśpiewana w przedstawieniu w nowym tłumaczeniu przez Margo Strang (Katarzyna Galica), jest już piosenką wampowatego "niewiniątka", "panienki z dobrego domu, o trochę przewrotnych skłonnościach" - jak nazwałby ją Witkacy. Songi, wyrwane z ich pierwotnego kontekstu i odpowiednio przetłumaczone, nabierają więc nowego znaczenia, charakteryzując bohatera, towarzysząc któremuś z wydarzeń czy komentując je.

Ich atrakcyjność podnoszą aranżacje Haliny Jarczyk połączone z perfekcyjnym i przebojowym wykonaniem zespołu Czarna Papryka i bodaj wszystkich aktorów. To po prostu kawał dobrej piosenki aktorskiej i wcale bym się nie zdziwił, gdyby kilka z tych małych arcydzieł pojawiło się w najbliższym czasie na odpowiednim festiwalu. Specjalnie wyróżnić należy w tym miejscu Janusza Radka, bywalcom teatru muzycznego znanego z roli Judasza w Jezus Christ Super Star chorzowskiego Teatru Rozrywki, który we wspomnianym już songu Ja jestem wamp, zaraz po wywołaniu wśród widzów ataku śmiechu zaskakującą "aranżacją aktorską", wprawił ich w autentyczne osłupienie swoimi możliwościami wokalnymi.

Tego typu not można by wystawić jeszcze kilka. Dobrze świadczy to o reżyserze, który potrafił skompletować tak dobrany zespół realizatorów i wykonawców. Domyślam się, że niełatwo było w tym wypadku "przetłumaczyć" scenariusz spektaklu na konkretne działania sceniczne. "Wejście" w estetykę tekstów, do których sięgnął Czuj, z pewnością nie było prostym zadaniem. Swoista logika purnonsensu, Czystej Formy czy innych poetyk opartych na absurdzie, jest czymś niezwykle ulotnym i trudnym do uchwycenia. Mimo to powstało przedstawienie, w którym każdy z elementów wydaje się mieć swoje znaczenie dla całości, wynikając jednocześnie w ścisły, choć oczywiście - jak to w logice absurdu - specyficzny sposób z elementu go poprzedzającego.

Tak skonstruowany spektakl nie jest oczywiście przeznaczony dla "dowolnej" publiczności. W tym wypadku należy "wyczuć Czuja" i jego charakterystyczne, znane z dokonań poprzednich, poczucie humoru. Dopiero wtedy jego Nocna rewia cabaretowa stanie się dla widza wspaniałą, intelektualną, zabawą.

 

Elżbieta Konieczna
"Miesiąc w Krakowie"
nr 2/2001

"Opowieści Jedenastu Katów" mają podtytuł "Nocna rewia kabaretowa, czyli pięć egzekucji z niepokojącym prologiem". Scenariusz i reżyseria Łukasza Czuja. To wiarygodne nazwisko w Krakowie. Jest on autorem kilku świeżych, bezpretensjonalnych, śmiesznych spektakli, opartych na purnonsensownym poczuciu humoru. To przedstawienie również nikogo nie zawiodło. Jest rewią nawiązującą do tradycji najlepszych międzywojennych kabaretów Monachium, Berlina, Zurychu, Wiednia. Z tamtych też czasów i miejsc pochodzą piosenki. Łukasz Czuj należy do garstki twórców młodego pokolenia, którzy potrafią reżyserować aktorów. To brzmi jak tautologia, ale naprawdę do rzadkości należy umiejętność wymyślania dla aktorów sytuacji śmiesznych, niebanalnych, zaskakujących widza. Pomysł i zabawa. Zabawa w pomysły. Leciutka! Pyszne postaci, w których z trudem rozpoznaje się niektórych aktorów Teatru Ludowego. Jedyną pretensję mam o to, że przedstawienie jest troszeczkę za długie. Ale ma fantastyczny rozmach inscenizacyjny. Nie mówiąc już o tym, że cały zespół świetnie się rusza i dobrze śpiewa. Chwała teatrowi, że zainwestował w to przedsięwzięcie.