Teatr
Mniejszy
Sen
pogodnego karalucha czyli sens życia według Oberiutów
Scenariusz
i reżyseria: Łukasz Czuj
Scenografia: Michał Urban
Muzyka: Dominik Pietraszko
Choreografia: Jacek Tomasik
Występują: Błażej Wójcik, Radosław Krzyżowski, Agnieszka Korzeniowska/Katarzyna
Ornatkiewicz, Dominika Bednarczyk
Premiera 7 marca 1999; Teatr PWST scena im. Wyspiańskiego, Kraków


Informacje
o przedstawieniu
7 marca 1999 roku w Krakowie, na scenie odbyła się premiera spektaklu
teatralnego Sen pogodnego karalucha opartego na tekstach
głównego przedstawiciela grupy Oberiu (skupiającej pisarzy i poetów
tworzących w Sankt Petersburgu w latach 1926-29) - Daniiła Charmsa.
Sen pogodnego karalucha, realizowany przez ten sam zespół
twórczy (scenariusz, reżyseria i produkcja: Łukasz Czuj, scenografia:
Michał Urban, muzyka: Dominik Pietraszko, choreografia:
Jacek Tomasik), jest nie tyle kontynuacją Tanga Oberiu.1928
ile raczej kolejnym apokryfem stworzonym na bazie twórczości
Oberiutów. Przedstawienie Tango Oberiu 1928 z Teatru Rozrywki korzystając
z formy widowiska dramatyczno-muzycznego, stanowiło nawiązanie do tradycji
tzw. "wieczorów oberiuckich", ukazując bardziej historyczny aspekt twórczości
Charmsa, Wwiedieńskiego, Olejnikowa i Zabołockiego - skupiając się na
prezentacji filozofii artystycznej całej grupy. Sen pogodnego
karalucha odsuwając na bok aspekt historyczny jest poszukiwaniem
własnej formy wypowiedzi teatralnej.
Sen pogodnego karalucha był już prezentowany na XXII Krakowskich
Reminiscencjach Teatralnych, I Przeglądzie Teatrów Nieinstytucjonalnych
STEN'99, III Festiwalu Komedii - Tarnowska TALIA, Międzynarodowym Festiwalu
Zderzenia w Kłodzku oraz w Teatrze Małym w Warszawie i na Festiwalu
Małych Form - Kontrapunkt w Szczecinie. W ankiecie "Teatru" - najlepsi
w sezonie 1998/99 Sen pogodnego karalucha wymieniany był
w kategoriach: najlepsze przedstawienie, najlepsza adaptacja, najlepsza
reżyseria. Pozytywne recenzje ukazały się m.in. z "Życiu", "Gazecie
Krakowskiej", "Tygodniku Powszechnym", "Rzeczpospolitej", "Scenie",
"Didaskaliach", "Dzienniku Polskim". Obecnie spektakl prezentowany jest
na scenie Teatru Miniatura - w Teatrze im. J. Słowackiego w Krakowie.
Człowiek
ma tylko dwa cele: ziemski - jedzenie, picie, ciepło, kobieta, wypoczynek
i niebiański - nieśmiertelność. Jest tylko jedna linia prosta, oś, na
której leży wszystko to co ziemskie. I tylko to co nie leży, na tej
osi może zaświadczyć o nieśmiertelności. I dlatego człowiek szuka odchyleń
od tej osi i nazywa je pięknymi lub genialnymi. Wszystko co ziemskie
świadczy o śmierci.
DANIIŁ CHARMS
Sen
pogodnego karalucha jest opowieścią o podróży truposza (Daniił
Charms) przez świat swojej wyobraźni. W tej podróży towarzyszy mu jego
przyjaciel, też dawno umarły: Aleksander Wwiedieński. Tutaj, na scenie
w wyimaginowanym świecie Oberiu będą umierali po wielokroć raz jeszcze.
Daniił Charms poszukuje w tej szczelinie pomiędzy życiem a śmiercią
zaginionej formuły świata, ale tutaj na granicy pomiędzy snem a realnością
nic się nie może udać. Zostają jedynie fragmenty dawnego świata, jakieś
blade reminiscencje - są tylko przedmioty wykradzione ze snu. Są postacie,
które dziwnym zbiegiem okoliczności uzyskują bardziej realny status
od naszego bohatera. Charms z Wwiedieńskim szukają odpowiedzi na swoje
podstawowe pytania, poszukują formuły, klucza, magicznego zaklęcia.
Dwaj kabaliści ze świata burleski, oraz demoniczna kobieta, z sztuki
Charmsa: Elżbieta BAM oraz Alicja - wieczna dziewczynka.
Charms
z Wwiedieńskim gonią za motylem, za ułudą własnej wyobraźni, tworząc
własną wizję kobiecości, którą tutaj uosabiają dwa archetypy kobiece:
demonicznej kobiety i wiecznej dziewczynki. BAM staje się Golemem, przedmiotem
magicznym, za pośrednictwem którego Charms i Wwiedieński chcą odkryć
zagadkę swojego podejrzanego istnienia. Charms z Wwiedieńskim prześcigają
się w wymyślaniu obrzydliwości, w rozkrawaniu normalnego świata, w jakiejś
morderczej wiwisekcji, jakby chcąc uciec, zagłuszyć wewnętrzny głos,
jakby nie dopuszczając do siebie chwili prawdy - i nagle w finale, gdy
opada z nich cały zgiełk, stają twarzą w twarz z normalnością, zwykłym
życiem, które jest najgorsze - bowiem na końcu ukryta jest PRAWDZIWA
ŚMIERĆ. W tej nieustannej zabawie w sen i realność, prawdziwe i nieprawdziwe,
poważne i groteskowe - można zagubić właściwy sens spraw. Ostatnia scena,
rozgrywająca się w innej przestrzeni, jest jednocześnie katharsis, w
którym Charms dotyka na chwilę właściwego sensu wszystkiego i jest z
nim pogodzony. Aby jednak jego odkrycie miało właściwą wagę, musi przejść
całą poprzednią drogę, zanurzyć się w pandemonium formy, rozkręcić na
maksimum świat, w którym etyka nic nie znaczy, zakosztować tego świata.
Bohaterem
mojej opowieści jest człowiek, który jest przerażony zagadką bytu, boi
się śmierci, szuka najrozmaitszych sposobów na znalezienie formuły,
jakiegoś zaginionego sensu świata, ale jednocześnie potrafi zachować
uśmiech, potrafi zachować godność i ocalić własną wyobraźnię. Charms
wraz z fantomami swojej wyobraźni walczy o ocalenie własnej wyobraźni.
Interesuje mnie sytuacja, w której sen miesza się z realnością tworząc
zamknięty krąg, z którego nie ma wyjścia. Śmierć nie jest tu uwolnieniem,
ale przejściem w kolejny stan pozornego istnienia, którego nie sposób
wyraźnie nazwać i określić. Zostają zatarte granice pomiędzy tym co
realne a zmyślone, pomiędzy tym co dobre i złe, etyczne i nieetyczne.
Świat jest lekki, miękki, pozbawiony konturów, a jednocześnie w tej
swojej lekkości potworny, bowiem nie ma zbawienia, nie ma uwolnienia,
nie ma żadnej nadziei. Nie da się przerwać tego pasma zmyśleń, nie można
odnaleźć realności, nie wiadomo co jest prawdą a co tylko grą wyobraźni.
Używamy
czasem gagu - jak z komedii slapsticowej, albo nawet stylu gry bliskiego
kabaretu, skeczu, aby jednak natychmiast przełamać całą sytuację. Slapstick
i gag są powierzchowne, formalne - natomiast ekspresjonizm, pojmuję
jako wyemanowanie przestrzeni wewnętrznej jednej z postaci, która staje
się osią danej sceny - okiem cyklonu, punktem spojrzenia. Przejście
z gagu do ekspresjonizmu, jest zmianą perspektywy patrzenia z obiektywnej
na subiektywną - jakbyśmy nagle wjechali do wnętrza głowy jednej z postaci.
Gra
z Oberiutami jest jednocześnie grą z dziedzictwem europejskiej awangardy
naszego wieku. W tej historii pamiętamy o burlesce, ekspresjonizmie,
teatrze tańca, ale przede wszystkim o Tadeuszu Kantorze. Gdzieś w tle
Kantora, jako jego cień kryją się Witkacy i Wyspiański. Zwłaszcza ten
ostatni nauczył nas gry z duchami, zabawy z fikcją i śmiercią. To dziedzictwo
jest ciągle żywe, nie w postaci prostej kontynuacji, ale jako linia
ciągła, na której można ułożyć dzieje teatru naszego stulecia. Charms
i Wwiedieński chronią się do świata swojej wyobraźni, aby tutaj dokonać
podejrzanych zabiegów z realnością, z naszym codziennym życiem i poszukać
szczeliny, przez którą możliwe jest przejście w inną rzeczywistość.
Co
to znaczy grać Oberiu, co oznacza bycie postacią Oberiucką, czym jest
Oberiuckie postrzeganie świata. Od tego musimy zacząć pracę nad działaniami
aktorskimi. Zbudować taki stan istnienia postaci, w którym pewne działania
i zachowania staną się naturalne. Możemy zacząć szukać od sytuacji realistycznej
- na tym bowiem poziomie Charms zaczyna też budować swoją rzeczywistość,
potem jednak redukuje ją, wyjmuje elementy i zaraża "koszmarem sennym",
zacierając granicę między snem a jawą. "Realność przepisana na sen,
ukazuje swoją grozę".
Punkt
wyjścia: nieznośna lekkość snu, stan zawieszenia wartości, porządku
logicznego, uwolnienie podświadomości. Punkt drugi: rozbicie realności,
porozcinanie jej. Jawne lekceważenie problemów etycznych. Surrealizm
jest miękki, płynny, ciepły. Dadaizm jest ostry, kanciasty, natarczywy.
W świecie Oberiu - sen przestaje być miękki, staje się lustrem dla realności,
realność zostaje zarażona snem. Znika granica pomiędzy tym co realne
a śnione. Między fikcją a rzeczywistością, między postacią żywą a martwą.
Oberiu niesie w sobie elementy dada i surrealizmu, tworząc jednak rzeczywistość
autonomiczną. Własną realność - dla której my musimy stworzyć własną,
autonomiczną przestrzeń teatralną. Budujemy świat autonomicznego teatru.

 |
Oberiucka
Ars Moriendi
ŁUKASZ
DREWNIAK
Tygodnik Powszechny
|
Łukasz
Czuj i aktorzy Teatru Mniejszego zrobili przedstawienie o przyjaźni.
Jak zwykle u oberiutów, historię opowiada nam trup. Bohater rozumie
nieuniknioność śmierci i szuka sposobów ratunku. Jednak nie chodzi o
to, żeby ją powstrzymać, ale o klasę i styl spotkania z tym, co ostateczne.
"Sen
pogodnego karalucha" to druga po chorzowskim "Tango Oberiu
1928" poważna teatralna realizacja Łukasza Czuja, podobnie jak
pierwsza oparta na dziele Charmsa. "Tango" opowiadało o afirmacji życia,
każda piosenka, gag i kalambur miały za zadanie zagłuszyć myśli bohaterów
o śmierci. Pochłonięci tańcem, żartami i zabawą, Charms, Wwiedenski
i towarzysze przechodzili niepostrzeżenie na tamtą stronę. W "Karaluchu"
jest inaczej. Nikt już nie ignoruje śmierci, ona przyszła i nie chce
odejść, jawi się w wielu postaciach i znakach. Bohater nie zamyka oczu,
ale otwiera je jak najszerzej.
Większość
utworów Daniiła Charmsa wieńczy zapisane niedbale słówko "już".
To nie tylko potwierdzenie pośpiechu w jakim powstawały, niemal wycharczane,
wydyszane i wyśpiewane przez autora w błysku chwili. "Już" jest również
znakiem ulgi, radości, że udało się doprowadzić tekst lub wiersz do
fina3u. W spektaklu Czuja "już" stanowi coś w rodzaju magicznego zaklęcia,
którego sens bohaterowie poznają trochę przypadkowo. Momentalność reakcji
aktorskich, epizodyczność konstrukcji scen, nawet asocjacyjne i psychologiczne
wolty są tu podporządkowane tej samej szybkiej komendzie. Jednak w finale
słowo to nabiera nieoczekiwanego sensu. "Daniile Iwanowiczu to już"
mówi przyjaciel. już się stało - już umarliśmy.
Tajemnica
życia i śmierci zostaje w przedstawieniu Czuja odczytana bardzo prosto.
Iskierka, w której zawiera się zasada istnienia scenicznego świata,
w finale zmienia się w swoje przeciwieństwo. Absolutna witalność skrywała
absolutną martwotę. Żeby zrozumieć, czym jest śmierć, trzeba pokazać
jej przeciwieństwo - pełnię życia: bycie między ludźmi, kobiety, sztukę,
taniec i śpiew. Śmierć zawiera się w życiu jak ziarno w łupinie orzecha.
Zagadka, którą próbował odgadnąć upozowany na Sherlocka Holmesa Daniił
Iwanowicz, była w nim samym.
"Sen
pogodnego karalucha" to prawie autorski tekst reżysera. Cytaty z konkretnych
dzieł Charmsa stanowią tylko alibi. Tak naprawdę Czuj pisze oberiutami,
wmyśla się w nich, wchodzi w ich skórę i emocje. W efekcie tworzy się
fascynujący apokryf, bardzo wiemy duchowi tej literatury. Czuj wykroił
z tekstów Charmsa strukturę moralitetu, a raczej tęsknotę za nią, za
porządkiem, logiką i Bogiem. Odnalazł sytuację, w której do bohatera
przychodzi Śmierć, ale zanim go zabierze ze sobą, zostawia mu jeszcze
jedną chwilę, aby zrozumiał jej sens. Oberiucki Każdy wybiera na ten
czas spotkanie z przyjacielem. Zawsze potrzebny jest ten, który odprowadzi,
pomoże w inicjacji w zaświaty. Czuj odwraca sensy charmsowskich utworów,
znajdując jednocześnie ich drugie dno. W oryginale do Elżbiety Bam przychodzi
dwóch oprawców, żeby ją zabić, oskarżając o jakieś irracjonalne morderstwo
na jednym z nich. W spektaklu Teatru Mniejszego ta sekwencja zmienia
się w wyprawę dwóch przyjaciół, którzy chcą zabić Śmierć, upersonifikowaną
w Elżbiecie Bam.
Spektakl
jest niezwykle skondensowany, klarowny, poetycki i delikatny. A jednocześnie
dowcipny. Żadnego balansowania nastrojami, przeskoków z konwencji w
konwencje. Czujowi udało się znaleźć jednolitą tonację. Reżyser wychodzi
od aktorów, ich cielesności, psychologicznych spięć. Na początku musiały
być improwizacje, zasada towarzyskiej gry: gdzie żart odpowiada na żart,
mina przedrzeźnia minę, jeden ruch naśladuje inny. Przestrzeń - niczego
nie odmawiając oszczędnej i funkcjonalnej scenografii Michała Urbana
- nawet piękna muzyka Dominika Pietraszki lub światło mogą zniknąć,
a spektakl pozostanie, nie utraci ani jednego ze swoich walorów i sensów.
Motorem
akcji jest para clownów w melonikach, zespawanych ze sobą jak Didi i
Gogo z dramatu Becketta. Taka decyzja reżysera nie stanowi hołdu dla
konwencji teatru absurdu, z którym łączy się teatralne próby oberiutów,
ale najżywszą tkankę spektaklu, zasadę jego istnienia. Jeden bohater
przegląda się w drugim. Zresztą rzadko zdana się podobny duet, tak często
i konsekwentnie występujący razem. Radosław Krzyżowski i Błażej
Wójcik to para aktorów bardzo skontrastowanych w stylach gry, fizyczności,
charakterach, a jednocześnie idealnie się dopełniających. Jakby grali
jednego człowieka rozpisanego na dwóch. Daniił Iwanowicz Mał i Aleksandr
lwanowicz Gił to z pewnością ich najlepsze dotychczasowe role. Czuj
pozwolił im wykorzystać wszystko, czego nauczyli się występując przez
kilka lat po szkole w spektaklach schaefferowskich. Są teraz aktorami
świadomymi swego ciała, z premedytacją akcentującymi najpierw formę
ruchową i gestyczną postaci. Dopiero potem rodzi się z tego psychologia.
Wiele
sekwencji spektaklu nasycono łatwo uchwytnym smutkiem. Kilka razy coś
dławi za gardło, zwłaszcza w jedynej kilkuminutowej scenie śpiewanej,
ale próżno szukać w "Karaluchu" taniej ckliwości i liryzmu. Wzruszenie
bierze się tu z uświadomienia faktu, że reżyser mówi nagle o rzeczach
bardzo osobistych: jak strach przed śmiercią, pytanie o Boga, ucieczka
od samotności, marzenie o kobiecie. Nie jest to jednak wcale przedstawienie
pełne pesymizmu. Przecież możemy wybrać sobie postać, w której przyjdzie
do nas Śmierć. U Czuja, w zgodzie z tradycją, kostucha jest kobietą.
Jawi się raz jako Alicja (Dominika Bednarczyk), przypominając
do złudzenia Gelsominę z "La Strady" Felliniego, raz jako Elżbieta Bam,
kobieta wamp (Agnieszka Korzeniowska). W ostatniej scenie Alicja-Gelsomina
pisze coś na murze bramy śmierci - nie wiadomo, wyrok, błogosławieństwo,
nekrolog, zaklęcie. A może po prostu bawiąc się, muska palcem niewidzialny
piasek życia, który zaraz zakryją fale czasu. Nie wiem, jak wygląda
śmierć, ale wiem, dlaczego Czuj chce, żeby ta, która przyjdzie do jego
bohatera, przypominała Gelsominę. Tak po prostu jest lżej.
