Teatr
Ludowy w Krakowie
Symfoniczna Wazelina 1917 czyli dlaczego boimy się Dada?
Scenariusz
i reżyseria: Łukasz Czuj
Scenografia: Michał Urban
Muzyka: Dominik Pietraszko
Choreografia: Jacek Tomasik
Kierownictwo muzyczne: Halina Jarczyk
Występują: Tomasz Wysocki, Andrzej Deskur, Tadeusz Łomnicki, Magdalena
Nieć, Jagoda Pietruszkówna, Krzysztof Gadacz i Paweł Gędłek.
Premiera 14 grudnia 1999; Scena Pod Ratuszem

Dlaczego boimy się Dada?
Łukasz Czuj
Achtung dada!
Zurych
1917. Raz na jakiś czas, zdarzają się tajemne koincydencje splatające
miasta oraz ludzi, dzięki którym powstaje niepoślednia opowieść, oddziałująca
na całą epokę. Ów moment rozbłysku, dokonujący się za przyczyną cudownych
zbiegów okoliczności, tworzy mit, w którym przegląda się współczesny
czas. Zdarzyło się to w czeskiej Pradze w pierwszych dwudziestu latach
naszego stulecia (gdy spotkali się Kafka, Schulz, Hasek, Hitler),
w Sankt Petersburgu w końcu lat 20-tych (gdzie powstała grupa artystyczna
OBERIU), stało się to również w Zurychu w roku 1917. Przy jednej
ulicy - Spiegelgasse spotykają się: nieśmiało przeczuwana rewolucja
bolszewicka (pod numerem 1 mieszkał Włodzimierz Lenin) oraz wybuchła
z całą mocą rewolta nowej sztuki (pod numerem 14 miał swoją siedzibę
Cabaret Voltaire - w knajpie Meirei Bar). Po raz ostatni,
w całej historii tego stulecia, sztuka wyprzedziła politykę. Podróż
do Zurychu nie jest eskapadą historyczną, odgrzebywaniem wspomnień:
jest sięgnięciem w moment narodzin nowoczesności. Do dziś sztuka czerpie
z odkryć dokonanych przez pucz dadaistów i surrealistów. Jednocześnie
awangarda lat 20-tych jest najbardziej zapomnianym okresem nowoczesnej
sztuki. W latach 90-tych karuzela sezonowych -izmów przestała się obracać
z pełną szybkością, chcąc nam przypomnieć, że ma się ku końcowi epoka,
w której co kilka lat objawiał się nowy kierunek, zapewniając błogie
przeświadczenie o nieustannym rozwoju sztuki. Rozwój rychło zamienił
się w mozolne tasowanie jednej talii kart, sprawiając, że sztuka utraciła
moc sprawczą, zamieniając się w grajdołek do zabawy grupy wtajemniczonych.
Opowiadamy
o ludziach, którzy nie starają się z głupoty uczynić cnotę, ale formę
obrony. Bronią się tym przed dojrzałością, dorosłością, światem wojny
i polityki. Sztuka, pure nonsense jest dla nich formą ocalenia własnej
osobowości. Jednym z najbardziej okrutnych koszmarów Kafki: bohater
budzi się rano, jako wielki żuk. Został uwięziony we własnym ciele,
może uciekać jedynie w świat wyobraźni. Człowiek - żuk dokąd by nie
polazł pozostanie gigantycznym robalem. Kafka przeczuł podstawowy paradygmat
współczesnego istnienia: sami jesteśmy swoim własnym więzieniem. Odczuwamy
to szczególnie wyraźnie właśnie teraz, gdy zniknęły bariery polityczne.
Można jechać na wschód i na zachód. Co z tego? Jedyną nadzieją jest
wyobraźnia.
Jak
wyjaśniać zasady nowoczesnej sztuki martwemu zającowi?
Symfoniczna
wazelina 1917 jest domknięciem opowieści rozpoczętej spektaklem
Tango Oberiu 1928 (Teatr Rozrywki w Chorzowie, luty 1997)
i kontynuowanej Snem pogodnego karalucha (Teatr Mniejszy
w Krakowie, marzec 1999). Poprzednie dwa spektakle - oparte były na
tekstach Oberiutów - głównie Daniiła Charmsa. Tym razem kanwę opowieści
stanowią fragmenty utworów Tristana Tzary, Hansa Arpa, Georgesa Ribbemonta-Dessanignes,
Hugo Balla, Pablo Picassa, choć i tym razem nie mogło zabraknąć
trzech krótkich miniatur Charmsa. Oprócz tego w scenariuszu znalazły
się dadaistyczne apokryfy, do których autorstwa muszę się przyznać.
Niektóre postacie noszą prawdziwe nazwiska (Tzara, Serner, Ball)
- ale nie poszukujcie w nich tropów biograficznych, zostały na nowo
wymyślone - tak jak Anna Blume, Nadia, Monsigniore Uljanow (kim
on jest??) czy Chimeryczny Lokator.
Myśląc
o tej historii wciąż mam przed oczami nigdy nie powstały film z Flipem
i Flapem. Oto naszych dwóch bohaterów: ciamajdy, nieustannie wpadający
w kłopoty, bawiący nas seriami pure nonsensownych gagów w rodzaju rzucania
tortami, ściągania spodni, kopania w tyłek. Dwójka postaci różniąca
się wszystkim: wyglądem, temperamentem, poczuciem humoru, a jednocześnie
wzajemnie dopełniająca się tak mocno, że jeden bez drugiego nie może
istnieć - i to zarówno w świecie fikcji kreowanej na ekranie, jak i
w realnym życiu, gdzie przyjaźń trwa nadal. W tym nieistniejącym filmie
przez nieomal godzinę, Flip i Flap przeżywają swoje niesamowite przygody
w czarno-białym świecie. I nagle następuje cięcie,
fikcja
na moment urywa się. Widzimy nagraną na kolorowej taśmie wypowiedź -
Stana Laurea, wiele lat później: jest już stary i z trudem odnajdujemy
w jego twarzy obraz tamtego płaczliwego bohatera ze slapsticu. Opowiada
on o śmierci swojego przyjaciela, o odwiedzinach w szpitalu. W ostatnim
zdaniu mówi, iż po śmieci swego kompana nie zagra już w żadnym filmie.
Jego postać była nieodwołalnie związana z wizerunkiem nieżyjącego przyjaciela.
Tutaj opowieść się urywa i znów wracamy do świata czarno-białej burleski.
Jakże jednak inaczej, jawi się teraz każdy gag, każda kłótnia bohaterów.
W finale filmu obserwujemy zmontowaną z wielu innych obrazów, niekończącą
się pogoń, jakby Flip i Flap z jednego filmu wpadali w drugi i nie mogli
się z niego wyrwać. Wszystko rozgrywa się w takt szalonej muzyki tapera.
Nagle akcja urywa się i widzimy ujęcie z jakiegoś filmu dokumentalnego,
na którym Flip i Flap, siedzą obok siebie na planie filmowym i zmęczeni
po jakimś ujęciu rozmawiają ze sobą. Obraz powoli wyciemnia się. Ostatni
napis: Stan Laurel umarł w roku...
Taką
formę nazywam "burleską metafizyczną". Absurd, destrukcja konwencji
językowych, zbudowanie obrazu pozornie alogicznego chaosu, w którym
nagle - w zatrzymaniu, jakimś rozbłysku -pada niezwykle istotne i znaczące
słowo. Bełkot, który zostaje przełamany tonem serio, zdaniem ważnym
- o logicznej konstrukcji i odnoszącym się do tego co stanowi podstawę
naszej egzystencji: dwóch pojęć "miłości" i "śmierci". Wszystko co robimy
i o czym myślimy, do czego zdążamy jest zawieszone pomiędzy tymi dwoma
pojęciami, odnosi się do nich w mniej lub bardziej istotny sposób. Oba
te pojęcia istotne były także w myśleniu Kantora i pewnie na zasadzie
jakiejś podejrzanej osmozy przeniknęły do mojego teatru. Podobnie jak
pojęcie "kontrolowanego chaosu", które jeśli można tak powiedzieć było
podstawową doktryną twórczą Piwnicy pod Baranami.
Sztywne
wodniste martwe dzień dobry!
Dlaczego dziś gramy dada? Popatrzcie na pop-kulturę. Oswojono niegdysiejszą
awangardę, zapomniano o jej prowokacjach i uczyniono z niej jeszcze
jeden towar do sprzedania masowej widowni. Bezpieczny i zapakowany w
śliczne pudełeczko. Dada i Oberiu wcale nie są tylko śmieszne i zabawne.
Są także, a może przede wszystkim groźne i niepokojące. Jak nasze życie,
jak nasza śmierć.

fotografie Łukasz Woźniak